Posts Tagged ‘foty’

Aparat, który jednoczy

środa, czerwiec 4th, 2008

Jest śmieszny, mały i przezroczysty. Widać wszystkie jego mechanizmy. Nazwali go „jednorazowym”. Taki niepozorny, a jednoczy ludzi porozrzucanych po całej Polsce. To aparat fotograficzny – narzędzie akcji „Cameracrossing”, inicjatywy internetowych fotoblogerów.

Fotografuję, bo lubię. Reszta jest mało istotna.
- Ale cacko! Na oko ma matrycę o rozdzielczości co najmniej 17 milionów pikseli. – śmieje się Dawid Markoff, młody fotografik, trzymając w rękach jednorazówkę. Właśnie odebrał ją w pocztowej przesyłce. Teraz kroczy po ulicach swojego miasta w poszukiwaniu tego jedynego ujęcia. Wchodzi w mroczne zaułki, depcze kocie łby, ogląda fasady kościołów. Po drodze mija setki studentów, przesiadujących w pubach na Starym Mieście. Przez ramię przewieszone ma torby z dwoma aparatami. No i na szyi wisi jednorazówka. Bo nigdy nie wiadomo, czy do danego ujęcia bardziej będzie się nadawała cyfrówka czy może średnioformatowy Hasselblad.
- Muszę zrobić jedno zdjęcie. Potem odsyłam aparat następnej osobie. Ta pstryka, przekazuje dalej. I tak aż do zapełnienia 32 klatek na filmie. Ostatnie osoba wywołuje i na końcu wrzuca w sieć. – Dawid, na forum fotoblogerów (http://www.ffb.pl) znany jako Erdewerde, tłumaczy zasady „Cameracrossingu”. – To akcja zorganizowana przez ludzi, których łączy wspólna pasja – fotografowanie, i którzy zdecydowali się pokazać jej efekty w internecie.
Umożliwiły im to fotoblogi, starsi kuzyni blogów, czyli sieciowych pamiętników. Są to proste strony internetowe, na których internauci umieszczają wykonane przez siebie zdjęcia, najczęściej opatrzając je krótkim komentarzem. Coraz częściej przełamuje się panującą w sieci anonimowość, podpisując fotografie własnym imieniem i nazwiskiem. Galeria staje się wtedy swoistym portfolio artysty.
- Na co dzień zajmuję się projektowaniem graficznym na potrzeby Internetu, więc często trafiałem na strony www fotografów, przeróżne darmowe galerie. Powoli zaczynało mnie to wciągać. W końcu pomyślałem sobie „Ej, a czemu nie spróbować samemu?” I tak powstał mój fotoblog - http://markoff.pl/fotoblog. - opowiada Dawid, przymierzając się jednocześnie do zrobienia zdjęcia. – To zapis mojego życia, przygody z fotografią, eksperymentów z nią związanych, zabawy cyfrówkami, analogami i polaroidami. Przeglądając rzeczy sprzed dwóch lat, widzę, jaką drogę przeszedłem. To samo mogą zobaczyć i ocenić inni. W taki sposób nawiązałem wiele wspaniałych kontaktów. Nie ukrywam, że dzięki stronie w sieci podjąłem współpracę z niemiecką agencją fotograficzną, zainteresowały się mną media.
Erdewerde już zdecydował, co chce uwiecznić na przypadającej mu klatce filmowej. Przystanek autobusowy. Położony poza miastem, zdezelowany, z połamanymi ławkami. Kadr będzie symetryczny, poziomy. Czerwień przystankowej wiaty kontrastuje z błękitnym niebem. Nagle przecina je sylwetka lecącego kruka. Statyczna kompozycja zostaje zaburzona, wkrada się do niej złowrogość, niepewność, ruch. Dawid naciska spust migawki.

Zrobiłem zdjęcie, przecinając pępowinę.
Wokół szum i gwar wielkiego miasta. Samochody z zawrotną prędkością przecinają skrzyżowania, rytm życia ludzi wyznaczają sygnalizatory świetlne na przejściach. Wszędzie wszystkiego pełno, coś się ciągle zmienia. Promienie słońca oświetlają witryny ekskluzywnych sklepów, odbijają się od szyb szklanych biurowców. Jeden budynek pozostaje niewzruszony, choć pamięta jeszcze czasy PRL-u. Swoimi 42 dwoma kondygnacjami góruje nad miastem i całą Polską. Przemek Chudkiewicz patrzy na jego iglicę przez wizjer aparatu, który właśnie odebrał w paczce z napisem „Z pozdrowieniami od Erdewerde”.
- Z Dawidem poznaliśmy się wirtualnym świecie, jak większość fotoblogerów. Fotografować zacząłem z lenistwa – bo przestałem malować. A że byłem kiepskim malarzem to inna sprawa. Założyłam moją stronę (http://foto.chudkiewicz.com) w sierpniu 2003 roku. Chciałem gdzieś upłynnić zdjęcia, a Internet wydawał do tego najlepszym medium. W tym czasie sieciowe galerie dopiero raczkowały, powstawały pierwsze polskie fotoblogi, jak ten Bartka Pogody (http://bartpogoda.net) - opowiada w biegu Przemek. Spieszy się ze zrobieniem zdjęcia na „Cameracrossing”, bo musi jeszcze sprawdzić, jak idzie praca w jego własnym studiu fotograficznym, a w domu czeka małe dziecko. No i dochodzą do tego obowiązki związane z prowadzeniem forum fotoblogerów, którego jest założycielem.
- Pomyślałem, że dobrze byłoby skupić w jednym miejscu kilkuset fotoblogerów z całej Polski. Miałem przestrzeń na serwerze, wykupiłem domenę ffb.pl. Wymyśliłem nazwę i logo. Teraz dzięki temu pasjonaci fotografii mogą prowadzić tu dyskusje, oceniać swoje zdjęcia, dzielić się doświadczeniami, a także po prostu nawiązywać przyjaźnie.
Przemek Chudkiewicz jest też współorganizatorem Festivalu Fotoblogów. Jego idea jest prosta: raz do roku internauci spotykają się w jednym miejscu, by pokazać światu sens istnienia ich wirtualnej twórczości, a przede wszystkim porozmawiać ze sobą osobiście, a nie przez e-maile czy blogowe komentarze. To wyjątkowa okazja do spotkania ludzi, których dzieli bardzo wiele: miejsce zamieszkania, wiek, umiejętności, ale łączy wspólna pasja. Do tej pory odbyły się już dwie edycje, ale, kto wie, może kiedyś 3 czerwca stanie się Międzynarodowym Dniem Fotoblogów?
- Co daje mi fotoblog? W zasadzie to część mojego życia, uzależnienie. Tak jak ludzie idą rano zapalić papierosa, tak ja wrzucam zdjęcia na stronę. Przez niego prawie straciłem przyjaciół, zupełnie przestali do mnie dzwonić, bo i tak wiedzą, co u mnie słychać. – żartuje Przemek.
Granice prywatności w pokazywaniu swojej codzienności praktycznie nie istnieją. Ludzi uwieczniają na kliszy ważne dla siebie wydarzenia, by dzielić się nimi z oglądającymi. Były już na fotoblogach zdjęcia rentgenowskie złamanych kończyn, relacje ze ślubów, miodowych miesięcy, a nawet porodu.
- Chciałem pochwalić się narodzinami mojego potomka, bo to wspaniała rzecz. Swoją drogą dziwię się teraz, z perspektywy czasu, że dałem radę zrobić zdjęcie i przeciąć pępowinę w jednym momencie. Ah, ta adrenalina… – mówi, uśmiechając się na samo wspomnienie Przemek. Uśmiech na jego twarzy jeszcze się pogłębia, gdy wchodzi do domu i widzi swoją półroczną już córeczkę, Blankę. Dziewczynka śpi na ramieniu mamy, która czule głaszcze ją po główce. Zmierzcha, delikatne światło lampki nocnej oświetla ich twarze. Różowy kaftanik małej harmonizuje się z łososiową ścianą w półmroku. Delikatne kontrasty. Przemek wyjmuje aparat, ręcznie przesuwa kliszę. Robi zdjęcie. Pstryk. Aparat pojechał dalej.

Fryzjer zamiast fotobloga?
Karolina Orfali to 23 letnia studentka psychologii. Siedzi z przyjaciółmi przy narożnym stoliku w przytulnej restauracji. Płomień świeczek oświetla ich twarze. W tym świetle kufle ze złocistym piwem mienią się tysiącem kolorów. Za oknem widać stoiska kwiaciarek, gwarne grupy turystów, kupujących precelki i bajgle. W powietrzu rozchodzi się melodia hejnału granego z wieży pobliskiego kościoła. Toczy się ożywiona rozmowa. Padają dziwne i trudne słowa: aberracja, blenda, transfokator, diafragma… Laik nic by z tej konwersacji nie zrozumiał. Młodzi dyskutują o technikach fotografii. Karola woli biernie przysłuchiwać się rozmowie.
- Uwielbiam obserwować ludzi, słuchać, co mówią, uczyć się ich na pamięć, żeby potem, w trakcie robienia zdjęć, umieć wyłapać ten najlepszy moment. Fotografuję głównie twarze, bo człowiek jest dla mnie najważniejszy, to on tworzy przestrzeń. – opowiada.
Karolina jest prawdobodobnie rekordzistką w ilości zakładanych i kasowanych fotoblogów. Obecnie prowadzi stronę http://cinematic-moments.fotolog.pl, na której umieszcza czarno-białe zdjęcia swoich znajomych.
- Nazwa bloga wzięła się z przekonania, że życie każdego człowieka jest jak film. Moje również. Dlatego postanowiłam, że chcę ten film na bieżąco oglądać. Zdjęcia traktuję jak pojedyncze kadry, które potem układają się w jedną całość. W każdej chwili mogę moją sztukę przewijać, zatrzymywać się na ważnych momentach. – wyjaśnia Karolina Orfali. - Faktem jest, że często zmieniam fotoblogi. Gdy chcę zacząć nowe życie, zakładam nową stronę. Ale ostatnio wzięłam się na sposób. Teraz, jak chcę przejść metamorfozę, po prostu… idę do fryzjera.
Rozmowa schodzi na temat publikowania zdjęć w Internecie. Karolina przypomina sobie o leżącym w torebce, zabawnym aparacie i akcji Cameracrossing. Nie ma pomysłu na zdjęcie, co rzadko jej się zdarza. Ale teraz czuję presję, wie, że jej dzieło obejrzą setki ludzi z całej Polski.
- Świadomość, że ktoś ogląda moje fotki, mobilizuje mnie do tego, żeby się kształcić w tym kierunku. Żeby to nie były brzydkie, nieciekawe zdjęcia. Dzięki innym fotoblogerom zrozumiałam, że jedną rzecz można pokazać na wiele sposobów. Nad fotografiami powinno się myśleć. Poza tym fotoblog jest przydatny, gdy ma się kogoś bliskiego gdzieś daleko. Tak jak ja ostatnio, gdy moja przyjaciółka była w Hiszpanii. Nie musiałyśmy nawet do siebie pisać ani dzwonić. Ona oglądała zdjęcia i już wiedziała, co się u mnie dzieje. – mówi Karolina, wyjmując jednorazówkę ze skórzanej torebki. Chwilę zastanawia się jak ją obsłużyć, na co dzień ma do czynienia z innym aparatem, radzieckim Zenitem ET. Przykłada ją do twarzy, mruży jedno oko i patrzy na otoczenie przez wizjer. Perspektywa od razu się zmienia. Trzy wymiary przeistaczają w jeden płaski obraz. Rozgląda się wokoło siebie. Nagle nieruchomieje, znalazła idealny kadr. Jej koleżanka pali papierosa, wypuszcza dym. Smuga dyskretnie przesłania jej twarz, dodaje tajemniczości. Opuszczone powieki, jakby aparat nie był godny oglądania kocich oczu. Długie, gęste rzęsy rzucające cień na policzki młodej dziewczyny. Karolina naciska spust migawki do połowy. Aparat łapie ostrość. Przyciska do końca. Jutro pójdzie na pocztę, wysłać aparat w dalszą drogę.

Do końca.
Przerażająca cisza. Kilka osób klęczy w ciemnym pomieszczeniu. Na sterylnie białej ścianie wisi drewniany krzyż. Cameracrossingowy aparat leży w nierozpakowanym pudełku. Nie ma nikogo, kto mógłby zrobić nim zdjęcie. Następny w kolejce był Zbyszek Radwański, uzdolniony, 31-letni fotograf ze Świdnicy. Nie zdążył wykonać swojej fotografii.
Zbyszek założył swojego fotobloga w sierpniu 2006 roku. Zdjęcia były całym jego życiem. Nimi wyrażał siebie. Fotografiami opisał też swoją chorobę.
- Objawy zaczęły się pod koniec zeszłego roku. Duszności, krótki oddech i później, już w końcowej fazie, jeszcze przed pójściem do lekarza - krwioplucie. Diagnoza była dla mnie wstrząsem. Rak. – napisał na swoim fotoblogu. Mimo uciążliwych dolegliwości pozostawał czynny fotograficznie. Udzielał się na forum, nie pokazywał swojego cierpienia, tryskał energią i chęcią do życia. W tych chwilach społeczność fotoblogerów zjednoczyła się, jak nigdy dotąd. Organizowali aukcje swoich prac, zbierali pieniądze na leczenie Zbyszka. Pokazali, że są nie tylko internetową społecznością, ale też grupą prawdziwych przyjaciół. A Zbigniew cały czas walczył.
- Ten post to naprawdę było wyzwanie, większość robię na czutkę, z tego, co pamiętam i kojarzę. Cały czas staram się gdzieś przy okazji fotografować, trochę mnie to trzyma w kupie. Sztywne łapy, wzrok rozlatany, ale zdjęcia są. – brzmiała notka z 18 grudnia. Przy niej oczywiście były wstawione zdjęcia. Niepodobne do tej wcześniejszych, o wiele gorsze technicznie, poruszone, na nich przypadkowo wybrane obiekty. A jednak te fotografie były najpiękniejsze ze wszystkich, jakie Zbyszek wykonał. Bo robił je, choć prawie całkowicie stracił wzrok. Do końca. Pasja była silniejsza niż ból i choroba.
6 dni później na blogu http://zbigniew.wordpress.com pojawił się ostatni post. Autorem nie był już Zbyszek. I zdjęcie też nie było jego. Brzmiał „Dzisiaj o godzinie 16:40 Zbyszek zmarł”.

Aparat, który jednoczy

środa, czerwiec 4th, 2008

Jest śmieszny, mały i przezroczysty. Widać wszystkie jego mechanizmy. Nazwali go „jednorazowym”. Taki niepozorny, a jednoczy ludzi porozrzucanych po całej Polsce. To aparat fotograficzny – narzędzie akcji „Cameracrossing”, inicjatywy internetowych fotoblogerów.

Fotografuję, bo lubię. Reszta jest mało istotna.
- Ale cacko! Na oko ma matrycę o rozdzielczości co najmniej 17 milionów pikseli. – śmieje się Dawid Markoff, młody fotografik, trzymając w rękach jednorazówkę. Właśnie odebrał ją w pocztowej przesyłce. Teraz kroczy po ulicach swojego miasta w poszukiwaniu tego jedynego ujęcia. Wchodzi w mroczne zaułki, depcze kocie łby, ogląda fasady kościołów. Po drodze mija setki studentów, przesiadujących w pubach na Starym Mieście. Przez ramię przewieszone ma torby z dwoma aparatami. No i na szyi wisi jednorazówka. Bo nigdy nie wiadomo, czy do danego ujęcia bardziej będzie się nadawała cyfrówka czy może średnioformatowy Hasselblad.
- Muszę zrobić jedno zdjęcie. Potem odsyłam aparat następnej osobie. Ta pstryka, przekazuje dalej. I tak aż do zapełnienia 32 klatek na filmie. Ostatnie osoba wywołuje i na końcu wrzuca w sieć. – Dawid, na forum fotoblogerów (http://www.ffb.pl) znany jako Erdewerde, tłumaczy zasady „Cameracrossingu”. – To akcja zorganizowana przez ludzi, których łączy wspólna pasja – fotografowanie, i którzy zdecydowali się pokazać jej efekty w internecie.
Umożliwiły im to fotoblogi, starsi kuzyni blogów, czyli sieciowych pamiętników. Są to proste strony internetowe, na których internauci umieszczają wykonane przez siebie zdjęcia, najczęściej opatrzając je krótkim komentarzem. Coraz częściej przełamuje się panującą w sieci anonimowość, podpisując fotografie własnym imieniem i nazwiskiem. Galeria staje się wtedy swoistym portfolio artysty.
- Na co dzień zajmuję się projektowaniem graficznym na potrzeby Internetu, więc często trafiałem na strony www fotografów, przeróżne darmowe galerie. Powoli zaczynało mnie to wciągać. W końcu pomyślałem sobie „Ej, a czemu nie spróbować samemu?” I tak powstał mój fotoblog - http://markoff.pl/fotoblog. - opowiada Dawid, przymierzając się jednocześnie do zrobienia zdjęcia. – To zapis mojego życia, przygody z fotografią, eksperymentów z nią związanych, zabawy cyfrówkami, analogami i polaroidami. Przeglądając rzeczy sprzed dwóch lat, widzę, jaką drogę przeszedłem. To samo mogą zobaczyć i ocenić inni. W taki sposób nawiązałem wiele wspaniałych kontaktów. Nie ukrywam, że dzięki stronie w sieci podjąłem współpracę z niemiecką agencją fotograficzną, zainteresowały się mną media.
Erdewerde już zdecydował, co chce uwiecznić na przypadającej mu klatce filmowej. Przystanek autobusowy. Położony poza miastem, zdezelowany, z połamanymi ławkami. Kadr będzie symetryczny, poziomy. Czerwień przystankowej wiaty kontrastuje z błękitnym niebem. Nagle przecina je sylwetka lecącego kruka. Statyczna kompozycja zostaje zaburzona, wkrada się do niej złowrogość, niepewność, ruch. Dawid naciska spust migawki.

Zrobiłem zdjęcie, przecinając pępowinę.
Wokół szum i gwar wielkiego miasta. Samochody z zawrotną prędkością przecinają skrzyżowania, rytm życia ludzi wyznaczają sygnalizatory świetlne na przejściach. Wszędzie wszystkiego pełno, coś się ciągle zmienia. Promienie słońca oświetlają witryny ekskluzywnych sklepów, odbijają się od szyb szklanych biurowców. Jeden budynek pozostaje niewzruszony, choć pamięta jeszcze czasy PRL-u. Swoimi 42 dwoma kondygnacjami góruje nad miastem i całą Polską. Przemek Chudkiewicz patrzy na jego iglicę przez wizjer aparatu, który właśnie odebrał w paczce z napisem „Z pozdrowieniami od Erdewerde”.
- Z Dawidem poznaliśmy się wirtualnym świecie, jak większość fotoblogerów. Fotografować zacząłem z lenistwa – bo przestałem malować. A że byłem kiepskim malarzem to inna sprawa. Założyłam moją stronę (http://foto.chudkiewicz.com) w sierpniu 2003 roku. Chciałem gdzieś upłynnić zdjęcia, a Internet wydawał do tego najlepszym medium. W tym czasie sieciowe galerie dopiero raczkowały, powstawały pierwsze polskie fotoblogi, jak ten Bartka Pogody (http://bartpogoda.net) - opowiada w biegu Przemek. Spieszy się ze zrobieniem zdjęcia na „Cameracrossing”, bo musi jeszcze sprawdzić, jak idzie praca w jego własnym studiu fotograficznym, a w domu czeka małe dziecko. No i dochodzą do tego obowiązki związane z prowadzeniem forum fotoblogerów, którego jest założycielem.
- Pomyślałem, że dobrze byłoby skupić w jednym miejscu kilkuset fotoblogerów z całej Polski. Miałem przestrzeń na serwerze, wykupiłem domenę ffb.pl. Wymyśliłem nazwę i logo. Teraz dzięki temu pasjonaci fotografii mogą prowadzić tu dyskusje, oceniać swoje zdjęcia, dzielić się doświadczeniami, a także po prostu nawiązywać przyjaźnie.
Przemek Chudkiewicz jest też współorganizatorem Festivalu Fotoblogów. Jego idea jest prosta: raz do roku internauci spotykają się w jednym miejscu, by pokazać światu sens istnienia ich wirtualnej twórczości, a przede wszystkim porozmawiać ze sobą osobiście, a nie przez e-maile czy blogowe komentarze. To wyjątkowa okazja do spotkania ludzi, których dzieli bardzo wiele: miejsce zamieszkania, wiek, umiejętności, ale łączy wspólna pasja. Do tej pory odbyły się już dwie edycje, ale, kto wie, może kiedyś 3 czerwca stanie się Międzynarodowym Dniem Fotoblogów?
- Co daje mi fotoblog? W zasadzie to część mojego życia, uzależnienie. Tak jak ludzie idą rano zapalić papierosa, tak ja wrzucam zdjęcia na stronę. Przez niego prawie straciłem przyjaciół, zupełnie przestali do mnie dzwonić, bo i tak wiedzą, co u mnie słychać. – żartuje Przemek.
Granice prywatności w pokazywaniu swojej codzienności praktycznie nie istnieją. Ludzi uwieczniają na kliszy ważne dla siebie wydarzenia, by dzielić się nimi z oglądającymi. Były już na fotoblogach zdjęcia rentgenowskie złamanych kończyn, relacje ze ślubów, miodowych miesięcy, a nawet porodu.
- Chciałem pochwalić się narodzinami mojego potomka, bo to wspaniała rzecz. Swoją drogą dziwię się teraz, z perspektywy czasu, że dałem radę zrobić zdjęcie i przeciąć pępowinę w jednym momencie. Ah, ta adrenalina… – mówi, uśmiechając się na samo wspomnienie Przemek. Uśmiech na jego twarzy jeszcze się pogłębia, gdy wchodzi do domu i widzi swoją półroczną już córeczkę, Blankę. Dziewczynka śpi na ramieniu mamy, która czule głaszcze ją po główce. Zmierzcha, delikatne światło lampki nocnej oświetla ich twarze. Różowy kaftanik małej harmonizuje się z łososiową ścianą w półmroku. Delikatne kontrasty. Przemek wyjmuje aparat, ręcznie przesuwa kliszę. Robi zdjęcie. Pstryk. Aparat pojechał dalej.

Fryzjer zamiast fotobloga?
Karolina Orfali to 23 letnia studentka psychologii. Siedzi z przyjaciółmi przy narożnym stoliku w przytulnej restauracji. Płomień świeczek oświetla ich twarze. W tym świetle kufle ze złocistym piwem mienią się tysiącem kolorów. Za oknem widać stoiska kwiaciarek, gwarne grupy turystów, kupujących precelki i bajgle. W powietrzu rozchodzi się melodia hejnału granego z wieży pobliskiego kościoła. Toczy się ożywiona rozmowa. Padają dziwne i trudne słowa: aberracja, blenda, transfokator, diafragma… Laik nic by z tej konwersacji nie zrozumiał. Młodzi dyskutują o technikach fotografii. Karola woli biernie przysłuchiwać się rozmowie.
- Uwielbiam obserwować ludzi, słuchać, co mówią, uczyć się ich na pamięć, żeby potem, w trakcie robienia zdjęć, umieć wyłapać ten najlepszy moment. Fotografuję głównie twarze, bo człowiek jest dla mnie najważniejszy, to on tworzy przestrzeń. – opowiada.
Karolina jest prawdobodobnie rekordzistką w ilości zakładanych i kasowanych fotoblogów. Obecnie prowadzi stronę http://cinematic-moments.fotolog.pl, na której umieszcza czarno-białe zdjęcia swoich znajomych.
- Nazwa bloga wzięła się z przekonania, że życie każdego człowieka jest jak film. Moje również. Dlatego postanowiłam, że chcę ten film na bieżąco oglądać. Zdjęcia traktuję jak pojedyncze kadry, które potem układają się w jedną całość. W każdej chwili mogę moją sztukę przewijać, zatrzymywać się na ważnych momentach. – wyjaśnia Karolina Orfali. - Faktem jest, że często zmieniam fotoblogi. Gdy chcę zacząć nowe życie, zakładam nową stronę. Ale ostatnio wzięłam się na sposób. Teraz, jak chcę przejść metamorfozę, po prostu… idę do fryzjera.
Rozmowa schodzi na temat publikowania zdjęć w Internecie. Karolina przypomina sobie o leżącym w torebce, zabawnym aparacie i akcji Cameracrossing. Nie ma pomysłu na zdjęcie, co rzadko jej się zdarza. Ale teraz czuję presję, wie, że jej dzieło obejrzą setki ludzi z całej Polski.
- Świadomość, że ktoś ogląda moje fotki, mobilizuje mnie do tego, żeby się kształcić w tym kierunku. Żeby to nie były brzydkie, nieciekawe zdjęcia. Dzięki innym fotoblogerom zrozumiałam, że jedną rzecz można pokazać na wiele sposobów. Nad fotografiami powinno się myśleć. Poza tym fotoblog jest przydatny, gdy ma się kogoś bliskiego gdzieś daleko. Tak jak ja ostatnio, gdy moja przyjaciółka była w Hiszpanii. Nie musiałyśmy nawet do siebie pisać ani dzwonić. Ona oglądała zdjęcia i już wiedziała, co się u mnie dzieje. – mówi Karolina, wyjmując jednorazówkę ze skórzanej torebki. Chwilę zastanawia się jak ją obsłużyć, na co dzień ma do czynienia z innym aparatem, radzieckim Zenitem ET. Przykłada ją do twarzy, mruży jedno oko i patrzy na otoczenie przez wizjer. Perspektywa od razu się zmienia. Trzy wymiary przeistaczają w jeden płaski obraz. Rozgląda się wokoło siebie. Nagle nieruchomieje, znalazła idealny kadr. Jej koleżanka pali papierosa, wypuszcza dym. Smuga dyskretnie przesłania jej twarz, dodaje tajemniczości. Opuszczone powieki, jakby aparat nie był godny oglądania kocich oczu. Długie, gęste rzęsy rzucające cień na policzki młodej dziewczyny. Karolina naciska spust migawki do połowy. Aparat łapie ostrość. Przyciska do końca. Jutro pójdzie na pocztę, wysłać aparat w dalszą drogę.

Do końca.
Przerażająca cisza. Kilka osób klęczy w ciemnym pomieszczeniu. Na sterylnie białej ścianie wisi drewniany krzyż. Cameracrossingowy aparat leży w nierozpakowanym pudełku. Nie ma nikogo, kto mógłby zrobić nim zdjęcie. Następny w kolejce był Zbyszek Radwański, uzdolniony, 31-letni fotograf ze Świdnicy. Nie zdążył wykonać swojej fotografii.
Zbyszek założył swojego fotobloga w sierpniu 2006 roku. Zdjęcia były całym jego życiem. Nimi wyrażał siebie. Fotografiami opisał też swoją chorobę.
- Objawy zaczęły się pod koniec zeszłego roku. Duszności, krótki oddech i później, już w końcowej fazie, jeszcze przed pójściem do lekarza - krwioplucie. Diagnoza była dla mnie wstrząsem. Rak. – napisał na swoim fotoblogu. Mimo uciążliwych dolegliwości pozostawał czynny fotograficznie. Udzielał się na forum, nie pokazywał swojego cierpienia, tryskał energią i chęcią do życia. W tych chwilach społeczność fotoblogerów zjednoczyła się, jak nigdy dotąd. Organizowali aukcje swoich prac, zbierali pieniądze na leczenie Zbyszka. Pokazali, że są nie tylko internetową społecznością, ale też grupą prawdziwych przyjaciół. A Zbigniew cały czas walczył.
- Ten post to naprawdę było wyzwanie, większość robię na czutkę, z tego, co pamiętam i kojarzę. Cały czas staram się gdzieś przy okazji fotografować, trochę mnie to trzyma w kupie. Sztywne łapy, wzrok rozlatany, ale zdjęcia są. – brzmiała notka z 18 grudnia. Przy niej oczywiście były wstawione zdjęcia. Niepodobne do tej wcześniejszych, o wiele gorsze technicznie, poruszone, na nich przypadkowo wybrane obiekty. A jednak te fotografie były najpiękniejsze ze wszystkich, jakie Zbyszek wykonał. Bo robił je, choć prawie całkowicie stracił wzrok. Do końca. Pasja była silniejsza niż ból i choroba.
6 dni później na blogu http://zbigniew.wordpress.com pojawił się ostatni post. Autorem nie był już Zbyszek. I zdjęcie też nie było jego. Brzmiał „Dzisiaj o godzinie 16:40 Zbyszek zmarł”.